13
.11.11
"PIES ROSENTHALÓW 3/3"
N.Lezneh

Szukając miejsca, w którym mógłbym się schować przed tym zaglądającym prosto w oczy dniem, wszedłem pod molo. Przysiadłem na piasku. Mięso leżało w swoim całunie i czekało ze mną na Ralfa. On naprawdę lubił molo. Wyjaśnił mi kiedyś, że dla niego molo jest i zawsze pozostanie symbolem grzechu doskonałego. „Czemu służy molo?” – pytał z uwodzicielskim uśmiechem. W takich chwilach nazywałem go Alf, bo próbował być alfą i omegą. Niczemu, spacerom – odpowiedziałem. A może chodzeniu po wodzie? – dociekał. – Absurdalna konstrukcja, ni to chodnik, ni to ulica, zbudowana na mieszczańskiej pysze. Leżąca miniatura Wieży Babel. Wchodzisz. Brniesz. Ludzie patrzą, ty patrzysz; ty brniesz i oni brną, aż przystają nad otchłanią. Stamtąd albo rzucą się w fale, albo wrócą tą samą drogą, kajając się przed tymi, co dopiero idą. I tak w kółko.
Od podszewki przyglądałem się teraz tej konstrukcji, zawieszonej między lądem, powietrzem i wodą. Ludzie rzeczywiście przechodzili nade mną, czasem ktoś zrzucał ptakom suche kromki chleba i te wnet by się o nie pozabijały. Na marginesie gazety nagryzmoliłem wiersz.

CZEKAJĄC NA ALFA
na początek
jak zbudować molo
ubrać się w deski szpary
wbić pal kilka pali
po równo w harmonijkę
złożyć wodę, czas
na koniec sprowadzić głodne łabędzie

Wyobraziłem sobie, jak będę go czytać Ralfowi, jak Ralf bez słowa przyjmie pogryzmoloną gazetę i włoży ją za połę płaszcza, by w domu wczepić ją do wielkiego skoroszytu z moim nazwiskiem; z pewnością prowadził takowy.
Jako że Ralf wciąż nie wracał, postanowiłem raz na zawsze rozprawić się z umierającym mięsem. Marznącymi rękami zacząłem kopać dół w zmarzniętym piasku i im głębiej dochodziły moje dłonie, im boleśniej paznokcie wpijały się w twardniejącą glebę, tym większą satysfakcję i spokój odczuwałem.
Zastał mnie przysypującego grób.
- Co też ci przyszło do głowy, żeby ukrywać się pod molo?
- Nie ukrywam się. Dopiero tutaj zdołałem je zrozumieć.
- A zatem?
- Ląd, powietrze i woda. Molo jest konstrukcją pozbawioną pierwiastka ognia. Dlatego nie chcę na nie wejść; jest kalekie.
- Czemu masz takie brudne i zmarznięte ręce? – zmienił temat.
Zawahałem się chwilę, nim odpowiedziałem.
- Pochowałem tu psa Rosenthalów.
Spojrzał na mnie z zachwytem.
- Żywcem?
- Nie, zdechł dzisiaj rano. Powiadomiła mnie o tym matka.
- A jeśli kłamała?
- I tak mi ulżyło.
Położył mi rękę na ramieniu.
- Wygląda na to, że nie będę ci więcej potrzebny. To wielki sukces naszej terapii.
- Mówiłeś, że to nie jest terapia.
- Okay, to nie jest terapia. To wysublimowana forma płatnej miłości.
- Kocham cię, Alf – powiedziałem.
- Kochasz tych, którzy dotrzymują ci towarzystwa. Ile on ważył?
- Myślę, że u schyłku życia był dobrze wyniszczony.
- Ze trzydzieści kilo?
- Mniej więcej, Alf.
Tak, uwielbiałem Ralfa i on także musiał mnie polubić, bo ze spotkania, które zresztą miało się okazać naszym ostatnim, obaj wracaliśmy smętni. Było dobrze po siedemnastej, gdy niebo zaczęło się stroić w zagadkowe barwy. Rzadko spotykana nad naszym światem purpura ze złotą osnową rozlała się nad wybrzeżem jak wielki kleks akwareli. Żegnając się z Ralfem zauważyłem, że obóz oburzonych zaczął się wynosić z plaży. Wróciłem do domu nieco przygnebiony.
Zastanawiałem się, czy zadzwoni do mnie Zofia Zepter, ale telefon milczał. Nie tylko tego dnia, ale i nigdy więcej nie zadzwoniła. Mógłbym napisać, że z pewnością zmiotła ją burza magnetyczna, albo że skończył się jej świat, ale przypuszczam, że w rzeczywistości straciła pracę, bo poziom jej wiarygodności okazał się za niski.
- Czy przekazano ci wieści? – pytała matka kilka dni później. – Ta pani Zofia z banku, jakaż ona uprzejma!
- Obrzydliwie uprzejma. Ale muszę przyznać, że czekam na jej telefon.
Przede wszystkim ma solidne nazwisko. Jak my, jak Rosenthal – powiedziała z potwornym, świszczącym „r”.



koniec

Komentarze

Brak komentarzy.