13
.11.11
"PIES ROSENTHALÓW 2/3"
N.Lezneh

Ralf był oczywiście wściekły, że nie dostarczyłem mu gotowego wypracowania. Usprawiedliwiłem się kryzysową sytuacją w Układzie Słonecznym i poddałem w wątpliwość, czy nasza niepozorna planeta przeżyje podmuch słonecznego wiatru. Jakie znaczenie miały moje radości i obawy?
- W takim razie po co w ogóle przyjeżdżałeś? – spytał zajadle. – Jest ci obojętne, w jakiej kondycji opuścisz ten świat?
- Dziś nie jest ważna kondycja psychiczna. Dziś chodzi tylko o to, czego dotąd nie miało się odwagi zrobić.
Ralf milczał. Myślę, że nie znosił u mnie tego tonu. Pojednawczo zapytał, jak minął mi dzień. Opowiedziałem o ikraszce, o telefonie Zofii Zepter i wiadomościach z kosmosu. Ralf nie dawał wiary w katastroficzne scenariusze.
- Ani trochę nie przeraża wiatr słoneczny? – pytałem.
- Lubię wiatr i lubię słońce. Nie mam powodów, by nie lubić wiatru słonecznego.
Cały Ralf Nowak. Zeszliśmy na plażę i z zaskoczeniem dostrzegliśmy zebrany wokół molo tłum. Okazało się, że to obóz oburzonych rozbił się nad samym morzem, domagając się zamknięcia banków i położenia kresu erze kapitalizmu. Przez chwilę zastanawiałem się, czy moje miejsce nie jest na barykadzie. Mieli biały namiot, pośrodku którego stał parujący kocioł. Podeszliśmy do starszego mężczyzny w tyrolskiej czapce. Był chudy jak patyk, ale krewki. Wyraźnie przewodził grupie kilkunastu osób, spośród których wyróżniała się jeszcze ciężarna dziewczyna w dużych okularach. Harcerska czapeczka upodobniała ją do partyzanckiej minister propagandy.
- Długo tu jesteście? – spytałem.
- Od przedwczoraj i jeszcze pobędziemy – odpowiedział staruszek.
- Dzień i noc?
- Dzień i noc – powiedział z wojskowym przytupem.
Ralf spytał, czy dziś pójdę z nim na molo. Odpowiedziałem, że nie.
- Myślałem, że w związku z końcem świata będziesz chciał przekraczać własne granice.
- Mierzę znacznie wyżej.
Rozbawiło go to. Zostawił mnie sam na sam z dziadkiem i przez ułamek sekundy towarzyszyliśmy sobie w jakimś braterskim milczeniu. Dziewczyna w okularach podeszła, by podać staruszkowi miskę grochówki.
- To chyba niezbyt wskazane – wskazałem na jej brzuch – wystawać na takim mrozie. Poza tym słyszałem co nieco o burzy magnetycznej.
- Krew w nas gorąca. Mamy też zupę – z nieskrywaną łapczywością oblizał się staruszek. – A jeśli chodzi o burzę, to jest ona szczytem kapitalistycznej spekulacji – wykrzyknął. – Astronomia nie zna waluty, mój synu, nie reaguje na hossy i bessy. Powiedz, kto cię powiadomił o tej burzy?
- Pracownica banku.
- Z pewnością Zofia Zepter –  powiedział. – Jesteśmy w domu. Obdzwoniła pół miasta z radosną nowiną. Ta karierowiczka przeprowadza badanie poziomu zaufania. Bankierzy już wiedzą, że wypowiedzieliśmy im wojnę, teraz muszą poznać moc swego rażenia. To, że tu jesteśmy najlepiej świadczy, że nie mają nad nami żadnej władzy. Bo my się papierowych meteorytów nie boimy!
- Prowokacja – podsumowała dziewczyna.
- W czystej postaci – podchwycił staruszek. – Czy wiesz, jak ta baba fabrykuje telefoniczny szumik?
Spojrzałem pytająco.
- Gra na thereminie – żachnął się.
- Dziadek się na tym zna – przyznała okularnica. – Był dyrektorem technikum łączności.
- Theremin, eterofon. Radziecki wynalazek w służbie kapitalizmu: teraz to dopiero jestem oburzony.
Wręczył dziewczynie opróżniony talerz po grochówce i wycofał się w głąb obozu.
- Może chce się pan do nas przyłączyć? – zapytała, obracając w rękach ten pusty talerz.
- W zasadzie miałbym wszelkie powody, ale nie mogę, spieszę się. Jestem w trakcie spotkania.
- Randka? – rozejrzała się badawczo.
- Nie, nic z tych rzeczy. Mam tu cotygodniową terapię z Ralfem Nowakiem. To mój osobisty coach.
- O Boże – jęknęła z pogardą. – Ja nie mam na couch, a ty sobie opłacasz coacha.
- Za to ty będziesz miała dzidziusia! – powiedziałem z uśmiechem.
Była to rozpaczliwa próba ugłaskania aktywistki, próba bezmyślna. Podjąłem ją tylko dlatego, że poczułem się zagrożony jej osądem. Dziewczyna spojrzała na mnie jak na idiotę.
- Jestem oburzona – prychnęła i odeszła.
Spojrzałem na zegarek. Była za piętnaście siódma, gdy zadzwonił telefon: Zofia Zepter.
- Uprzejmie pana przepraszam za ponowne zakłócanie spokoju, ale jestem zobowiązana przeprowadzić autoewaluację. Pozwolę sobie spytać, czy zastosował się pan do mojej sugestii dotyczącej nieopuszczania miejsca pobytu po godzinie szesnastej.
Wydmuchałem powietrze do słuchawki.
- Halo? – pytała. – Dochodzi mnie jakiś hałas.
- To z pewnością wiatr słoneczny.
- Nie, nie. Nie tym razem – mówiła z przekonaniem. – Słyszę głosy ludzi.
- Ach, to telewizja.
- Rozumiem zatem, że pozostał pan w domu?
- Niezupełnie. Wyszedłem, żeby pani poszukać.
- To nierozważne i zupełnie bezcelowe.
- Nierozważne owszem, ale celowość moich poszukiwań leży w pani rękach. Gdzie mogę panią znaleźć?
- Aktualnie nigdzie.
- Mam dla pani istotną przesyłkę.
- Niezwykle żałuję, ale w godzinach pracy nie wolno mi przyjmować przesyłek od klientów. Ponownie radzę panu wrócić do domu albo pozostać w innym bezpiecznym miejscu. Pana bezpieczeństwo jest naszym priorytetem.
Pięknie mnie pożegnała.
Nie była godna tej cielęciny. Postanowiłem przekazać sojowe mięso na pożytek obozowiczom. Pobiegłem do samochodu i otworzyłem bagażnik. Lodowy kloc zaczął się roztapiać, był oślizgły i nawet w worku – trudny do uniesienia. Zawinąłem wszystko w kawał płótna i z nasiąkającym wodą tobołkiem wracałem w pośpiechu, by załatwić całą sprawę jeszcze przed powrotem Ralfa z molo. Plażę zaśmiecały hałdy śniegu, po morzu dryfowały kry kaczek i łabędzi, nad wodą szalała zamieć mew. Wszystko biało – niebieskie. Gdyby nie zimno chciałoby się rozłożyć koc i poopalać w tych skrzypiących zaspach.
Nie bez wysiłku dotaszczyłem trzydziestokilowy blok do barykady i machnąłem na okularnicę, która jednak mnie zignorowała. Podszedł jej chudy dziadek.
- Pomyślałem sobie – powiedziałem, odsłaniając połę lnianej płachty – że przyda się wam trochę mięsa. Jest was coraz więcej, a za chwilę zapadnie zmrok.
- Skąd to mięso?
- Zwolnili mnie z restauracji. Można powiedzieć, że to moja jedyna odprawa.
- To świńskie.
- Niezupełnie – poprawiłem. – Cielęcina sojowa.
- Ach tak? Gdzie ją wyprodukowano?
- Nie wiem, nie pamiętam...
- Młodzieńcze, doceniam twoją życzliwość. Niestety cielęcina sojowa nie wchodzi w grę. O ile mi wiadomo, tego rodzaju specjały są produkowane przez wielkie koncerny, a my się od nich odżegnujemy.
- Jeśli nie weźmiecie tego mięsa, zwyczajnie się zmarnuje.
- Koncernów nie obchodzi to, czy ktoś zużyje ich produkt, lecz czy ktoś go kupi. Kupowanie równa się spożyciu. Można powiedzieć, że to mięso już zostało spożyte, strawione i wydalone.
- Jest surowe!
- Sojowe, mój chłopcze, nie surowe. Zaproponuj komuś innemu, może swojemu terapeucie, a może tej pani z banku...
- Dobra, dobra – powiedziałem rozwścieczony i odszedłem, opatulając mięso w płachtę, jak gdyby to było marznące na mrozie dziecię.

cdn

Komentarze

Brak komentarzy.