13
.11.11
"PIES ROSENTHALÓW 1/3"
N.Lezneh

Tauber to niewielka rzeka na południu Niemiec. Jako dziecko liczyłem pląsające w niej pstrągi. Pomagała mi matka, oswajała mnie z niemieckimi liczebnikami: dwadzieścia dziewięć, trzydzieści jeden, trzydzieści... Teraz, mając tyle mniej więcej lat do ilu wtedy ledwie potrafiłem zliczyć, mało pamiętam z niemieckiego. Uczyłem się go kilka lat w przekonaniu, że moje losy właśnie w niemieckiej mowie się spiszą. Już wtedy, miałem wrażenie, się spisywały. Dyktowała oczywiście matka; po skończeniu podstawówki miałem dojechać do niej na stałe, jednak spoza nieubłaganych gramatyk w porę wychynęła cała jej zaborczość, co pozwoliło mi zweryfikować plany na własne życie. Roztrzaskały się żelazne ramy deklinacji, kolumnady słówek zerwały się srogim rodzajnikom ze smyczy i gdzieś poprzepadały. Pstrągi nie doczekały się zliczenia w bystrej rzece Tauber; od czasu do czasu na niedzielnym spacerze liczyła je moja matka, a potem dzwoniła do mnie rozeźlona.
Matka pracowała jako Putzfrau w domu Rosenthalów. „W domu Rosenthalów to, w domu Rosenthalów tamto”... Na osiemnastkę rodzina Rosenthalów sprawiła mi komplet garnków. Wszystkie były srebrne, a ich pokrywy uposażono w te trójkolorowe busolki, z których słynęła swego czasu firma Zepter. Gdy ta wiadomość rozeszła się po klasie, kolejny raz stałem się pośmiewiskiem. Komplet garnków marnie się prezentował przy komputerach, samochodach, czy choćby markowych jeansach. Nie miałem innego wyjścia, jak nauczyć się gotować i zostać kucharzem.
Tej niedzieli naprędce filetowałem rybę. Z nieskrywaną radością pod płatem śliskiego mięsa odkryłem cały arsenalik ikry, co zawsze było dla mnie najmilszą ze strony ryby niespodzianką. Jeszcze w studium gastronomicznym opracowałem własny przepis na śledziowy kawior. Ikrę marynowałem w soku z limonki i świeżym estragonie. W ten sposób powstawała doskonała przystawka, nazwana przeze mnie „ikraszką”. Skwapliwie, co do jednego wygarnąłem srebrzyste jajeczka i zabrałem się za siekanie estragonu. Pomyślałem, że dzięki tak apetycznie oszczędzonej przeze mnie ikrze jeszcze jeden pospolity śledzik może się poczuć jak kaspijski jesiotr albo w najgorszym wypadku jeden z tych niezliczonych pstrągów, pląsających w rzece Tauber.
Obiad przyrządzałem w pośpiechu, nie chcąc się spóźnić na spotkanie z moim coachem. Ralf Nowak. Tydzień wcześniej zadał mi pracę domową pod tytułem: „Czego się boję i co mnie cieszy?”. Grzebiąc rybę pod wiekiem srebrnej pokrywki, wspominałem jak przed ponad dwudziestu laty rodziło się pod moimi koślawymi literami szkolne wypracowanie na ten dokładnie temat. Jak to jest – miałem ochotę spytać Ralfa, – że będąc nieco zagubionym trzydziestolatkiem nawet nie czuję wstydu, podejmując infantylną rozprawkę; wypadałoby wierzyć, że w człowieku dokonuje się postęp i pytania z dzieciństwa ma dawno odfajkowane. Ralf zarzuciłby mi z pewnością, że w dzieciństwie odpowiedziałem sobie na wiele istotnych pytań, zrobiłem to jednak słowami własnej matki. W istocie, dziewięcioletnie dziecko nie egzaltuje się obrazem pląsających w rzece ryb i nie obawia się „zagłady” – a w tych okolicach umiejscawiałem wtedy bieguny radości i strachu. Powrócił do mnie ten obraz: ława w salonie, papier kancelaryjny i matka, zacięcie strzegąca nienaruszalnych marginesów. Jeśli na wszystkie istotne pytania ona odpowiadała za mnie, być może nadeszła pora, by zrobić to po swojemu.
Ralf Nowak pojawił się w moim życiu jak wyczekiwane zjawisko astronomiczne. Zjawisko mocno niezobowiązujące – powiedzmy, że częściowe zaćmienie Księżyca – a jednak niezwykłe i przynoszące zdumienie. Miałem za sobą trudny okres. Po pierwsze, straciłem pracę. Zapowiedź zwolnienia wręczono mi w formie listu referencyjnego podczas eleganckiej kolacji dla pracowników restauracji. Dwa dni później na mój adres domowy wysłano wypowiedzenie. Wydrukowano je na gładkim papierze pierwszej jakości, którego nie dało się podrzeć. Zostałem z kredytem na karku, nękany przez zawsze to samo babsko z banku, kończące każdy telefon smętnym: „Pięknie żegnam pana”. Nazywała się Zofia Zepter i była tak obrzydliwie uprzejma, że po dłuższym czasie z masochistycznym podenerwowaniem wyczekiwałem jej telefonu.


CZEKAJĄC NA ZOFIĘ
na koniec
jak przyrządzić diabła
w serce wbić kołek mocno czym się da
złapać za rogi jeden lepiej dwa
dusić heroicznie, pod wiekiem
tytanu
w garnku zepter rzecz niejasna

W tym trudnym czasie matka oswajała mnie dodatkowo z agonią psa Rosenthalów. Etyczne aspekty usypiania zwierząt składały się w niemożliwy do przebrnięcia odcinkowy teleesej. Powiem tylko, że w domu Rosenthalów kategorycznie się sprzeciwiano tego rodzaju rozwiązaniom. Po jakimś czasie zacząłem pytać siebie, czy ten pies nie jest przypadkiem mną samym, czy to nie mnie drąży podstępny nowotwór, a mimo to los sprzeciwia się ukróceniu moich cierpień i odżegnuje od litości. „Pies Rosenthalów to, pies Rosenthalów tamto...” – systematycznie donosiła matka. „Czy ten cholerny pies nie ma imienia?” – wybuchłem któregoś razu. Z bursztynowej słuchawki Rosenthalów dobiegła tylko cisza, co mogło oznaczać, że matka nazwała psa moim imieniem.
W takich okolicznościach nastał Ralf Nowak. Alfa i omega, mój kosztowny coach. Zabrał mnie do Sopotu na interwał – trzy minuty biegu, trzy minuty marszu, po dziesięć serii w równą godzinę. Przez całe lato biegaliśmy, dopiero z nastaniem jesieni ograniczyliśmy niedzielne seanse do rozmów i spacerów „po molo”. Ja na molo nie wchodziłem. Za każdym razem, gdy szykowałem się do wejścia, po prostu nie mogłem zrobić kroku. Od dobrych sześciu miesięcy próbowaliśmy bezskutecznie opanować tę niezrozumiałą niechęć do wielkich pomostów. Cała reszta terapii przynosiła znakomite rezultaty. „Terapii”, choć Ralf zawsze zaznaczał, że to nie jest terapia.
Na zabrudzonym blacie kuchennym zatrząsł się mój telefon. Dzwoniła Zofia Zepter. Uprzejmie przepraszała za zakłócanie niedzielnego spokoju, w niedalekim sąsiedztwie kosmicznym zaszły jednak – jak mówiła – niefortunne okoliczności. Na powierzchni Słońca rozpętała się burza magnetyczna i była to burza niespotykanej dotąd klasy G5. Wiatr słoneczny miał osiągnąć niebezpieczne natężenie nad Zatoką około godziny szesnastej.
- O tej porze radzę bezwzględnie pozostać w pańskim domu.
- Ten dom w zasadzie należy do pani – odparłem. – Jest hipoteką kredytu, którego nie widzę możliwości spłacić. Myślę, że może się pani szykować.
- Proszę się nie martwić, jestem przyszykowana na najgorsze.
- Miło mi to słyszeć – wycedziłem, rozgniatając w palcach zaplątane jajeczko ikry.
Podziękowałem jej za telefon. Wiedziałem, że nie skorzystam z rady pozostania w domu, bo właśnie o szesnastej miałem spotkanie z Ralfem. Ze słuchawki powiało wiatrem słonecznym. Zapadło milczenie, przetkane serią złowieszczych buczeń i trzasków. Po chwili Zofia Zepter mówiła dalej.
- Mam panu jeszcze do oznajmienia, że dzwoniła pańska matka. Prosiła, by przekazać, cytuję: „pies Rosenthalów ostatecznie zdechł na tego raka”. Z mojej strony to wszystko, czy pan ma jakieś pytania?
- Tak.
- Słucham pana uprzejmie.
- Gdzie mogę panią znaleźć?
- Aktualnie nigdzie.
- Dziękuję serdecznie.
- Pięknie pana żegnam!
Suka. Wyjąłem z zamrażarki trzydzieści kilo deputatu – doskonałej sojowej cielęciny, która stanowiła jedyną moją odprawę z restauracji. Miałem zamiar zanieść to do okienka Zofii Zepter i jeśli nie skusiłaby jej jako łapówka, zaproponowałbym chociaż wspólne porzucanie mięsem. Zrobiłoby się lżej przed tym końcem świata.
Ralf był oczywiście wściekły, że nie dostarczyłem mu gotowego wypracowania. Usprawiedliwiłem się kryzysową sytuacją w Układzie Słonecznym i poddałem w wątpliwość, czy nasza niepozorna planeta przeżyje podmuch słonecznego wiatru. Jakie znaczenie miały moje radości i obawy?

cdn

Komentarze

Brak komentarzy.